Nie łap się na lep fałszywych oszczędności.
Wywiad z Robertem Okulskim

Nie łap się na lep fałszywych oszczędności

Rozmowa z Robertem Okulskim, doradcą podatkowym, właścicielem Grupy Księgowej Okulscy

Maciej Bielak: Dlaczego zdecydował się Pan zostać przedsiębiorcą? Skąd taki wybór drogi życiowej?

Robert Okulski: Dla mnie wybór tej drogi życiowej był zawsze oczywisty. Nigdy nie wyobrażałem sobie siebie jako podwładnego, zarządzanego przez, jak się często zdarza, niekompetentnego szefa zajmującego stanowisko „po znajomości”. Oczywiście ten stereotyp nie dotyczy wszystkich szefów i podwładnych, jednak sam fakt takiego ryzyka odstręczał mnie znakomicie od jakiejkolwiek myśli o zatrudnieniu.

A dlaczego zdecydował się Pan założyć kancelarię specjalizującą się w doradztwie podatkowym i księgowości? Dlaczego akurat taki wybór branży?

Była to poniekąd konsekwencja mojej wcześniejszej drogi życiowej, gdy próbowałem poruszać się w kilku różnych branżach biznesowych. Zdobyte w ten sposób doświadczenie mogłem spożytkować w sposób niezwykle ciekawy: doradzając innym. Dodatkowo otwierało to moje horyzonty na kolejne interesujące branże i zagadnienia. Sporo na ten temat opowiadałem w wywiadzie dla Świata Kamila C. z 2009 roku [audycja Kamila Cebulskiego – przyp. red.].

Szczególny klimat dla doradztwa w branży podatkowej i gospodarczej zaczął się od momentu wejścia w życie niezwykle zagmatwanej ustawy o VAT, a później przez wprowadzanie przez nasz parlament coraz większego mętliku w przepisach podatkowych. Usługa doradztwa podatkowo-biznesowego na wysokim poziomie okazała się nagle dla wielu przedsiębiorców nieodzowna.

Motto Pańskiej firmy brzmi: „Bezstresowe usługi księgowe”. Na czym polega ta bezstresowość?

Proszę zauważyć, że nie zadał mi Pan pytania, jaki stres związany jest z prowadzeniem działalności gospodarczej czy księgowości. Niestety istnienie tego stresu jest dla większości przedsiębiorców oczywiste. Zarówno brak przejrzystości naszego prawa podatkowego, niejednolitość interpretacji, samowole decyzyjne urzędników skarbowych i w wielu przypadkach „nieprzyjemność” kontaktów z nimi, jak i inne tego typu stresujące działania są dla większości podatników doskonale znane.

„Bezstresowe usługi księgowe” to nie tylko slogan reklamowy, ale przede wszystkim przyjęty przeze mnie sposób działania – świadoma filozofia świadczenia usług.

Brak okazji do stresu u naszych klientów opiera się na jakości, fachowości, solidności i wysokim poziomie merytorycznym wykonanych przez nas usług. Dbałości zarówno o bezpieczeństwo podatkowe klienta, jak i o komfort w jego stosunkach z usługodawcą (bezwzględnie preferowany jest bezpośredni kontakt z księgową i dostępność doradcy). Świadomość że „firma czuwa”, odgania stres kiełkujący na każdą myśl o kontakcie z poborcą.

Brak stresu opiera się także na poparciu posiadanych przez nas umiejętności odpowiednią liczbą certyfikatów zawodowych (Ministra Finansów czy tytułów doradcy podatkowego), w odróżnieniu od firm często „chwalących się” jednym certyfikatem (najczęściej samego właściciela udającego że nadzoruje całą armię pracowników... często bez kwalifikacji zawodowych). Myślę, że nie bez znaczenia dla spokoju ducha naszych klientów jest także komfort przebywania w doborowym towarzystwie, spoglądającym dumnie z naszych list referencyjnych...

Szerzej te założenia opisałem w odpowiedzi na zapytanie jednego z popularnych blogerów w portalu Onet.pl

A kim są Pana typowi klienci? Kto stanowi Pańską grupę docelową?

Już rozpoczynając moją karierę doradczą, zakładałem, że moim klientem może (i ma prawo) być każdy – od drobnego przedsiębiorcy prowadzącego czy wręcz myślącego dopiero o rozpoczęciu jednoosobowej działalności gospodarczej, przez całą grupę sympatycznych MiŚ-ów (czyli małych i średnich przedsiębiorców) po firmy prawie korporacyjne, doceniające wysoki poziom wiedzy merytorycznej (choć o takie niestety na rynku najtrudniej; przeprowadzane przez nas audyty wskazują, że w księgowości, a szczególnie rachubie płac i w kadrach korporacji obowiązuje zasada taniej bylejakości i zamiatania pod dywan).

Obecnie zarządzam Grupą Księgową, w której usługi konkretnych spółek dedykowane są do konkretnych form organizacyjnych klienta – odrębnie do działalności osób fizycznych, spółek prawa handlowego, większych spółek czy spółek o wyspecjalizowanych profilach. Obecnie GK Okulscy, poza moją Kancelarią, składa się z siedmiu spółek. W ten sposób klient podpisujący umowę z odpowiednią spółką znajduje się „w towarzystwie” przedsiębiorców o podobnym profilu biznesowym i pracowników wyszkolonych odpowiednio dla danej formy. Dzięki tej formule realizowane jest kolejne założenie mojej filozofii świadczenia usług – klient nigdy nie czuje się „za mały” czy „mniej ważny”.

Na czym Pańska kancelaria opiera swoją przewagę konkurencyjną? W jaki sposób rywalizuje Pan z coraz liczniejszą konkurencją?

Opieram swoje usługi na zaangażowaniu i wysokiej wiedzy merytorycznej, tak swojej, jak i zatrudnianych pracowników. Staramy się być dla klienta nie mechanicznym przedłużeniem „pazernych łap fiskusa”, a wsparciem biznesowym i opartym na rozsądku gwarantem ich bezpieczeństwa na „froncie walki” z poborcami. Znakomitą podporą dla tego rodzaju działania jest dla mnie wysoko kwalifikowana – śmiało mogę powiedzieć: elitarna w tej branży – grupa zaufanych (w tym znaczna ilość certyfikowanych) pracowników.

Warto tu dodać, że ponad połowa personelu to osoby, dla których „przygoda” z moimi firmami jest pierwszą i zazwyczaj jedyną pracą w życiu. Nie mówię przy tym o młodzieży będącej z nami 2 czy 3 lata. Mam na myśli liczne przypadki pracowników związanych z moimi firmami od lat kilkunastu.

Zaznaczyć należy, że w formowaniu profilu świadczonych usług i grupy docelowej przyjąłem jeszcze jeden priorytet. Nie świadczę usług byle jakich czy wręcz poniżej poziomu bezpieczeństwa klienta. Nie pozyskuję klientów, którym „wszystko jedno”, jak będą rozliczani, a tym bardziej nastawionych na „kreatywną księgowość” w powszechnym, negatywnym tego słowa znaczeniu, tj. księgowaniu kosztów „z rękawa” (nie mając nic przeciwko i stosując bezpieczną kreatywność pozytywną).

Nie konkuruję o zlecenia niską ceną. Znam i szanuję wartość swoją i moich pracowników, i tego samego wymagam od potencjalnych klientów.

Ten fakt stanowi dla mnie wystarczającą przewagę konkurencyjną. Jestem w stanie zaproponować najlepszym przedsiębiorcom najlepsze usługi. Usługi na takim poziomie, jakiemu niewiele firm w tej – nastawionej na taniość i bylejakość – branży jest w stanie dorównać. Tak więc pomimo pozornego tłoku konkurencyjnego na „ulicy biur rachunkowych” ja podwożę wygodnym samochodem klientów, którym inni proponują w najlepszym wypadku rikszę.

O dziwo – nigdy, nawet w największym kryzysie, nie narzekałem (w odróżnieniu od firm zaniżających ceny i jakość usługi) na brak klientów zgadzających się z moją filozofią i doceniających pracę dla nich wykonywaną.

Konkurencja w najbliższej przyszłości zapewne stanie się jeszcze większa, bo niedawno weszła w życie część ustawy deregulacyjnej dotycząca doradców podatkowych i księgowych. Jaki wpływ według Pana będzie miała deregulacja zawodu doradcy podatkowego i księgowego na rynek tych usług?

Wielokrotnie już wypowiadałem się zarówno jako doradca, jak i ekspert Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w tej kwestii, budzącej postrach wśród usługodawców mojej branży. Po szczegóły zapraszam na fora GoldenLine czy na Facebooka.

Ogólnie rzecz ujmując, „regulacja” zawodu księgowego, nie dość że szkodliwa jak każda ingerencja administracji w wolny rynek, od zawsze była fikcją. Większość reklamujących się biur rachunkowych używała zwrotu „Biuro posiada certyfikat MF”, mimo że... takie certyfikaty dla biur nigdy nie istniały. Certyfikat właściciela był tu wyłącznie przykrywką dla całej masy działających nielegalnie pracowników, mydląc oczy klientom. Dodam, iż Urzędnikom Skarbowym mydlić nie było trzeba, oni i tak nie sprawdzali przestrzegania prawa w tym zakresie (choć jeszcze niedawno świadczenie usługi przez osobę nieuprawnioną było przestępstwem). Ba, zdarzały się nawet osoby prowadzące biura rachunkowe i posiadające certyfikat, mimo iż nie posiadały żadnej wiedzy księgowej. Liczę na to, że teraz wreszcie będzie normalnie. Wreszcie będę obsługiwał wyłącznie klientów, którzy (jak zresztą znacząca większość obecnych) chcą być przeze mnie obsługiwani. Najgorszymi klientami zawsze byli ci, którzy muszą.

Owszem, przewidywany wysyp „chłamu księgowego” zaleje rynek (choć ja ten chłam na rynku widziałem i w czasach „uregulowanych”) i każdy przedsiębiorca najnormalniej w świecie będzie miał „okazję” naciąć się na kiepskim, ale co dla wielu niezwykle ważne – tanim usługodawcy (teoretycznie, bo potem wychodzą „koszty alternatywne”). Dlaczego – powiem to otwarcie – głupi przedsiębiorca ma być bardziej chroniony niż osoba biorąca do remontu domu „pana Czesia”, który instalując gniazdko, rozwali spory kawał ściany czy osoba korzystająca z warsztatu naprawiającego samochód drutem i kombinerkami, który w międzyczasie podmieni jeszcze akumulator z nowego na używany? (Oba przypadki autentyczne, a jeszcze kilka znam).

Każdy ma prawo do nauki, jedni robią to na szkoleniach, portalach czy forach dyskusyjnych, czasami wręcz wolą przepłacić za bezpieczeństwo, inni wolą sprawdzać „jazdę po bandzie” na własnej skórze.

To teraz nieco inne pytanie. Jakie są najczęstsze błędy, jakie popełniają Polacy w związku z podatkami?

Największym błędem jest uznanie, że rozliczenia podatkowe i optymalizacja są kwestią prostą, nie wymagającą zbyt dużej wiedzy ani doświadczenia. Prowadzi to wprost do zachowań typu „zaksięguję sobie sam” czy „wybiorę najtańsze biuro rachunkowe”, bo przecież to to samo. Dla zobrazowania zagadnienia – czterostopniowy kurs na dyplomowanego księgowego w Stowarzyszeniu Księgowych to łącznie 654 godziny wykładów. O koszcie (czyli wartości tej wiedzy) nie wspomnę.

Najciekawsze przypadki błędów, które z wynikają z księgowości prowadzonej metodą „na Zosię samosię”, to np. telefon od osoby, której dopiero US uświadomił, że od kilku lat jest VAT-owcem i musi odprowadzić (wówczas „tylko”) 22% podatku od całego obrotu z tego okresu. Innym przykładem jest podatnik podatku dochodowego, święcie przekonany, że jest objęty podatkiem zryczałtowanym 8,5% (i odprowadzający taki podatek), podczas gdy od 3 lat znajdował się już w „zasadach ogólnych”, z należnością 19% (owszem, od zysku, a nie od obrotu, ale nie zbierając faktur kosztowych, cały obrót musiał wykazać jako zysk).

Do przypadków humorystycznych zaliczę m.in. pewnego pana, który nie chcąc wejść w pełną księgowość, starannie pilnował obrotu (jest limit) i był na tyle precyzyjny, że na dzień 31.12. przypilnował praktycznie co do złotówki. Po powrocie z hucznej imprezy sylwestrowej otworzył przesyłkę z wyciągiem bankowym naliczającym... kilkaset zł odsetek (tak, tak – to też obrót firmy), co przekroczyło limity.

Z przypadkami nieudolności kiepskich (ale tanich) biur rachunkowych mam do czynienia na bieżąco w trakcie prowadzonych przeze mnie audytów podatkowych. Lista błędów byłaby długa, choć warto wspomnieć, że spora wina leży tu także po stronie samych przedsiębiorców, nieinteresujących się zupełnie poziomem prowadzonej księgowości, a decydujących się na audyt dopiero, gdy „zaczyna śmierdzieć”. Wtedy najczęściej bywa już za późno.

Inne rozumowanie błędnego typu to: „skoro wszyscy tak robią”, to i ja mogę. Przedsiębiorcy zapominają, że kontrola podatkowa może ich dorwać nawet do… No właśnie – ilu lat od daty zdarzenia gospodarczego? To niezły test na świadomość zagrożeń związanych z rozliczeniami podatkowymi tak dla przedsiębiorców, jak i księgowych. Podpowiem tylko, że najprawdopodobniej najczęstsza (błędna) odpowiedź – 5 lat – wynika z niezrozumienia tych „przecież prostych” przepisów podatkowych.

Skutki powyższego możemy na bieżąco obserwować w artykułach prasowych – np. ostatnia akcja „złego fiskusa” przeciwko umowom o dzieło (podpisywanym przecież od lat przez „wszystkich”).
Nie twierdzę oczywiście, że w każdym przypadku fiskus będzie miał rację, podważając takie umowy, wiem jednak, także na podstawie prowadzonych przeze mnie audytów, że w wielu sytuacjach jednak tak.

Poprzednie głośne sprawy z pierwszych stron gazet ubiegłych lat to piekarz „obdarowujący” pieczywem ubogich, z naliczonym przez US VAT-em od tej dobroczynności, czy dealer samochodowy, który wywiesił obraźliwy dla fiskusa transparent po kłopotach ze zwrotem VAT-u. W obu przypadkach uniknięcie sytuacji powodujących upadek firmy było chlebem powszednim doradcy podatkowego.

A które przepisy prawa podatkowego uważa Pan za najbardziej dokuczliwe w prowadzeniu działalności gospodarczej?

Lubię dużo mówić, ale ich wymienienie byłoby ponad moje siły. Większość prawa podatkowego w Polsce jest nieżyciowa, a znaczna część z tego wręcz szkodliwa dla przedsiębiorców.

Należy zauważyć, że ustawodawca zupełnie nie odróżnia specyfiki przedsiębiorców małych i średnich od firm dużych i korporacji. W efekcie przepisy, tak podatkowe jak i prawa pracy, odpowiednie dla „gigantów” obowiązują także kilku- czy kilkunastuosobowe firmy rodzinne, będąc dla nich źródłem ogromnych kłopotów implementacyjnych i rozliczeniowych.

Na dodatek urzędnikom łatwiej ścigać te małe przedsiębiorstwa. Nie dość, że nie są one w stanie stosować ani ponosić kosztów bezsensownych z ich punktu widzenia przepisów, to na dodatek nie stać ich na obsługę prawną i koszty procesowe, co w wielu przypadkach prowadzi do akceptacji („dla świętego spokoju”) wielu fanaberii urzędniczych powstających w trakcie kontroli.

Trzeba pamiętać, że dla małych firm podstawową i najtańszą barierą ochronną w kontaktach z urzędnikami jest właśnie doradca podatkowy, zwracający a priori uwagę na potencjalne niebezpieczeństwa oraz broniący w sposób fachowy interesów przedsiębiorców w trakcie kontroli. Warto zaznaczyć, że zazwyczaj nie zrobią tego „zwykli” księgowi, których zadaniem jest tylko zapis już dokonanych operacji, a nie antycypowanie ich skutków, zaś koszt długotrwałej obsługi prawnej, w chwili gdy US poweźmie już kroki przeciwko pozbawionemu opieki przedsiębiorcy, może przekraczać jego możliwości finansowe.

Sprawami uciążliwości przepisów dla prowadzenia działalności gospodarczej zajmuję się także jako Ekspert Podatkowy Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, z którego działalnością polecam zapoznać się szczególnie osobom prowadzącym mikro i małe przedsiębiorstwa.

Ponownie pozwolę sobie nieco zmienić kierunek pytań. Panie Robercie, jakimi wartościami kieruje się Pan w biznesie?

Interesująca byłaby pewnie odpowiedź moich klientów na to pytanie, ponieważ w sumie nie jest ważne to, co ja sobie postanowię, ale jak i na ile pozytywnie jest to odbierane przez tych, dla których te postanowienia uczyniłem.

Myślę, że z mojej strony nadrzędnymi wartościami jest fachowość i solidność wykonywanej usługi. Przejawia się to w nacisku na bezpieczeństwo podatkowe moich klientów, które w długiej perspektywie jest dla przedsiębiorcy najważniejsze.

Inną znaczącą cechą jest nieustępliwość w odniesieniu do oceny wartości mojej i moich pracowników. Nigdy nie dałem się zmusić do podpisania czy kontynuowania kontraktu, który by tej wartości uwłaczał. Pochodną powyższego jest upór przy trzymaniu się decyzji, które uważam za słuszne dla klienta , ale co za tym idzie – branie pełnej odpowiedzialności za ich skutki. Nie znaczy to jednak, że jestem zamknięty na argumenty. Choć jest to na pewno cecha denerwująca moich klientów – tak w negocjacjach, jak i w pierwszym okresie współpracy, gdy często odwodzę ich od pewnych ryzykownych „racjonalizatorskich” pomysłów księgowych – to długofalowo widzę jednak, że wielu klientów w sposób otwarty szanuje mnie za taką postawę.

Zobrazować to może przypadek kilku pierwszych lat współpracy z klientem, który próbując co jakiś czas przeforsować rozwiązania podatkowe, jakich (dla jego bezpieczeństwa) nie byłem w stanie zaakceptować, używał formuły: „Niech to będzie na moją odpowiedzialność”. Zawsze podawałem mu wtedy czystą kartkę ze słowami : „Niech Pan pisze”. Zdziwionemu wyjaśniałem, że ma napisać prośbę o natychmiastowe rozwiązanie umowy. Od daty podpisania tego dokumentu będzie „na jego odpowiedzialność”. Nigdy nie podpisał i jest moim zadowolonym klientem już od 19 lat.

Zasadniczą wartością jest też dla mnie drugi człowiek. Tak klient (z wieloma z nich, także byłymi, po prostu się przyjaźnię), jak i pracownik. Nigdy nie starałem się traktować moich pracowników jak „najemników”. Staram się stworzyć w pracy rozsądną atmosferę i zasady wzajemnych korzyści. Myślę, że jest to mocna wartość dodana do ich wynagrodzenia.

Choć jak każdy zarabiam na swojej wiedzy i doświadczeniu, nie uchylam się od podzielenia się nimi z osobami, których na moje usługi po prostu nie stać. Jak wspomniałem, udzielam się społecznie, m.in. w ZPP, prowadzę wykłady dla młodzieży promujące przedsiębiorczość (m.in. w ASBiRO) czy udzielam początkującym przedsiębiorcom konsultacji za symboliczną złotówę.

Co uważa Pan za swoje największe zwycięstwo w biznesie?

Jak wspominałem już kilkakrotnie, moja ścieżka prowadzenia firmy jest dosyć nietypowa. Stawiając na jakość i wiedzę, która z natury swojej będzie kosztowna, poszedłem pod prąd trendów w branży usług rachunkowych, polegających na walce cenowej o klienta. Walce, która w sposób naturalny kończyła się zaniżaniem poziomu merytorycznego usługi i kłopotami podatkowymi klientów.
Tak więc można powiedzieć, że odniosłem zwycięstwo, nie walcząc. Zwycięstwo polegające na stworzeniu własnej niszy w usłudze niby powszechnej i na przekonaniu do tej filozofii kilku setek przedsiębiorców – moich obecnych i byłych klientów, a także z pewnością klientów innych, choć nielicznych firm świadczących usługi na podobnych zasadach.

Nie omieszkam tu dodać, że dla mnie, przedsiębiorcy prowadzącego firmę rodzinną, szczególnie cenne jest, że znaczna część klientów poleciła moje usługi swoim dzieciom, kontynuującym rodzinne tradycje.

A za największą porażkę?

O ile zwycięstwem jest, jak wspomniałem, przekonanie sporej grupy przedsiębiorców (jak i z pewnością młodzieży rozpoczynającej prowadzenie własnej działalności) do oparcia się na bezpieczeństwie podatkowym, o tyle porażką będzie ta ogromna liczba nieprzekonanych. Jadących po bandzie czy po prostu omijających dalekim łukiem świadomość problemu, jakim jest bezpieczna optymalizacja podatkowa.

Dobrym przykładem jest chociażby cała rzesza młodych przedsiębiorców lecących jak muchy na lep do „doradców” oferujących np. „tani ZUS” w innych krajach (notabene biorąc za to opłatę niewiele niższą od „pełnego” ZUS-u w Polsce), mimo iż ci sami „doradcy” dla zachowania własnego bezpieczeństwa publicznie oświadczają, że znakomita większość z ich podopiecznych nie dotrzymuje (oczywiście na własne ryzyko) warunków korzystania z tego świadczenia, opierając się na fikcji.

Jakie ma Pan najbliższe biznesowe plany?

Cały czas marzy mi się ogólnokrajowy rozwój, nie tyle mojej firmy jako takiej, ile mojej filozofii biznesu, opartej na jakości usługi i bezpieczeństwie podatkowym klienta. Kilkakrotnie podejmowałem amatorskie próby zbudowania sieci franczyzowej, niestety w mniejszych ośrodkach walka cenowa o klienta przytłacza możliwości konkurowania jakością. Dodatkowo fakt, że takie działanie jest dla mnie bardziej hobbistyczne niż gwarantujące jakieś duże zyski, powoduje ciągłe odkładanie realizacji tych pomysłów ad Kalendas Graecas. Nie znaczy to jednak, że tego typu działanie wykreślam z moich planów.

I na koniec prośba o porady dla innych przedsiębiorców. Jakie są 3 najważniejsze porady, jakich mógłby Pan udzielić początkującym przedsiębiorcom?

  1. Nie należy rozpoczynać wyłącznie „na żywioł”. Oprócz „najlepszego na świecie pomysłu” (bo każdy nasz pomysł na biznes jest dla nas najlepszy na świecie) i oprócz posiadanej wiedzy branżowej, trzeba koniecznie uzupełnić podstawową wiedzę biznesową ze wszystkich zakresów związanych z prowadzeniem firmy. Oczywiście nie mówię tu o posiadaniu wiedzy eksperckiej. Należy zdobyć taką wiedzę, aby umożliwiała ona przyszłemu przedsiębiorcy korzystanie z doradztwa ekspertów w sposób świadomy oraz odróżnienie ofert doradczych dobrych od złych. Po prostu – korzystać z rad, ale nie dać się wykiwać.
  2. Nie łapać się na lep fałszywych oszczędności. Przedsiębiorca przede wszystkim musi być inwestorem. Inwestować w działalność zarówno swój czas, jak i pieniądze. Istota zysku z przedsiębiorczości to zwrot z inwestycji. Teoretyczne „oszczędzanie” na doradztwie (chociażby prawnym czy podatkowym), na „cienkich” konstrukcjach umożliwiających płacenie mniejszego ZUS-u czy niepłacenie podatków, aż wreszcie prowadzenie działalności całkowicie „na czarno”, może spowodować, że działalność „nie odpali” ze względu na popełnione błędy decyzyjne, wynikające z braku wiedzy czy doświadczenia. Może też stać się powodem zniszczenia dobrze rokującej działalności przez kontrole skarbowe, które po latach wyłapią „błędy młodości”.
  3. Nie przejmować się porażkami. Powtarzane są w środowisku biznesowym statystyki, według których w pierwszych latach działalności (zależnie od przyjętych ram badania) upada 70-90% przedsiębiorstw. Nie oznacza to jednak, że jest to skala bankructw. To, że jakaś działalność zostaje zaniechana, w większości przypadków nie musi oznaczać straty, a w każdym przypadku kończymy ją bogatsi o nowe doświadczenia i kontakty. W efekcie odradzają się firmy coraz lepsze i coraz stabilniejsze.

Chcesz więcej takich inspirujących treści?

Zapisz się na "prawdopodobnie najlepszy" (zdaniem Czytelników)
newsletter biznesowy w Polsce!

Redakcja

Autor: Redakcja

Maciej Bielak - Coraz Lepszy Redaktor. Z wykształcenia jest historykiem i politologiem, a z zamiłowania dziennikarzem. Jego największym hobby jest muzyka jazzowa. Poza tym jest miłośnikiem reportażu i literatury rosyjskiej. Na portalu CorazLepszaFirma.pl pisze artykuły i przeprowadza wywiady.

19 września 2014     Wywiady