Nie mogłem żyć w ograniczeniach.
Wywiad z Pawłem Krzyworączką

Nie mogłem żyć w ograniczeniach

Rozmowa z Pawłem Krzyworączką, właścicielem sklepu Tabletoid.pl, założycielem bloga ebiznesy.pl

Maciej Bielak: Dlaczego w ogóle został Pan przedsiębiorcą?

Paweł Krzyworączka: Myślę, że tak jak w przypadku większości osób, które założyły firmę, zaważyły cechy charakteru, czyli niezależność, chęć pokazania światu i innym, na co mnie stać, a także niemożność życia w ograniczeniach. Gdy pracowałem na uczelni (robiłem doktorat z wyburzania kominów metodami wybuchowymi na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie), to na wszystko musiałem mieć czyjąś zgodę, załatwiać różne formalności, a często również tracić na to wiele godzin. Po prostu nie mogłem tego zdzierżyć.

Czyli chyba po prostu dusza przedsiębiorcy kazała mi założyć własną firmę pomimo tego, że miałem ciepłą posadę i ułożoną świetlaną przyszłość na uczelni, bo byłem już po doktoracie i miałem taki układ w katedrze, że gdybym tylko zgodził się zostać na uczelni, to byłbym szybko windowany wyżej. Natomiast nie byłem w stanie psychicznie znieść jarzma etatu.

Założył Pan sklep o nazwie Tabletoid.pl. Nie mogę powstrzymać się od pytania o nazwę tego sklepu. Jak narodził się pomysł na tak świetną nazwę?

Mój brat kolejny raz w swoim życiu błysnął geniuszem. Nazwa była jedną z kluczowych spraw w moim biznesie i nie chcieliśmy jej opracować w 5 minut, tylko daliśmy sobie troszkę czasu. Różne były pomysły, ale mój brat nagle rzucił hasło: „Tabletoid”. Jest to świetne połączenie wyrazów „tablet” i „Android”. Sprawdziliśmy też dostępność domeny Tabletoid.pl i okazało się, że jest ona wolna. Świetnie nam to wyszło, bo teraz system Android wiedzie prym w systemach operacyjnych do urządzeń przenośnych, w tym do tabletów.

Jest też malutka wada tej nazwy – niektórym może się ona mylić z tabloidem, a to ma akurat niezbyt korzystne konotacje. Ale przez wszystkie lata funkcjonowania mojego sklepu i tej domeny nie zauważyłem takiego problemu. Jako ciekawostkę powiem, że są rzeczy, których człowiek nie przewidzi i musi działać dynamicznie. Na początku mieliśmy tylko robocze logo, później opracowaliśmy już porządne logo. Znalazły się na nim planetoidy i zrobiliśmy „O” w wyrazie „Tabletoid” jako jedną z tych planetoid. Ale okazało się, że kilka osób się pomyliło i mówiło „Tablet ID”, bo ludzie nie widzieli, że ta kulka w środku to było „O”. Dlatego później delikatnie zmieniliśmy logo i teraz „Tabletoid” już jest jednoznaczny.

Rozumiem. A dlaczego zdecydował się Pan na branżę akcesoriów do tabletów, a nie samych tabletów?

Ścieżka była dosyć prosta. Na początku miałem sprzedawać tablety, ale chcieliśmy się skupić na ultrawąskiej specjalizacji. To nie miał być sklep z wieloma tabletami – chciałem sprzedawać kilka tabletów optymalnych. I na początku to się bardzo fajnie sprawdzało, sprzedaż nam się rozwijała, wszystko szło dosyć dobrze, natomiast sprzedawaliśmy tablety z tzw. półki B, które są gorsze od tych z półki A – ASUS-ów, Acerów, Samsungów czy tabletów Apple'a. Okazało się, że klienci są bardzo wybredni, a my mieliśmy sporo problemów z tabletami. Równocześnie zaczęliśmy widzieć potencjał w akcesoriach. I tak w naturalny sposób przeszliśmy ze sprzedaży tabletów na rzecz akcesoriów, a w pewnym momencie podjęliśmy decyzję o tym, że całkowicie kończymy sprzedaż tabletów i koncentrujemy się wyłącznie na akcesoriach.

Które produkty z oferty Pańskiej firmy najczęściej kupują klienci?

One są dość oczywiste, jakby ktoś przez chwilę pomyślał, to pewnie sam by wymyślił, że o takie produkty chodzi. A są to pokrowce do tabletów, folie ochronne na ekran, także ładowarki sieciowe (wprawdzie są one na wyposażeniu tabletów, ale te ładowarki bardzo często się przepalają, więc ładowarki sieciowe to jeden z naszych bestsellerów), ładowarki samochodowe i uchwyty samochodowe – szczególnie teraz jest to produkt absolutnie na topie, bo wiele osób, które wyjeżdżają na wczasy, kupuje takie uchwyty.

A czym Pańska firma różni się od konkurencji? Na czym Tabletoid.pl opiera swoją przewagę konkurencyjną?

Między innymi na tym, że ograniczamy ilość akcesoriów. U nas nie można kupić tysięcy produktów – w naszej ofercie w tej chwili jest ok. 100 akcesoriów. Docelowo będzie to ok. 200-300 akcesoriów (cały czas dodajemy nowe produkty do naszej oferty), natomiast jest to dość wąska grupa akcesoriów, ale są to akcesoria sprawdzone. Przykładowo – gdy wprowadzaliśmy do oferty uchwyty samochodowe, to przez spory czas szukaliśmy takiego optymalnego uchwytu. Kupiliśmy i przetestowaliśmy mnóstwo uchwytów, kilka rodzajów sprzedawaliśmy w sklepie, mieliśmy feedback od klientów i w końcu namierzyliśmy, i przetestowaliśmy naszym zdaniem absolutnie optymalny uchwyt zarówno na szybę, jak i na zagłówek oraz wersję „dwa w jednym”. I właśnie taki uchwyt oferujemy klientom.

Czyli – naszą unikalnością są sprawdzone akcesoria, które sami użytkujemy i na podstawie feedbacku od klientów selekcjonujemy z rynku, a równocześnie – czym też się chwalimy, np. na aukcjach Allegro – każde akcesorium testujemy przed wysyłką do klienta, więc nie ma możliwości, żeby od nas wyszło do klienta niesprawne akcesorium.

Rozumiem. To teraz pytanie z innej beczki. Jest Pan również ekspertem od pozycjonowania, a zarazem zwolennikiem etycznego pozycjonowania. Na czym polega takie etyczne pozycjonowanie?

Oczywiście temat jest szeroki, ale postaram się go bardzo szybko omówić. Jest wyszukiwarka Google, która działa w sposób, który my, jako osoby pozycjonujące, staramy się odkryć, i która narzuca nam pewne zasady (których zresztą sama nie do końca przestrzega). I trzeba tutaj odróżnić dwie rzeczy: jedną kwestią jest to, jak pozycjonujemy względem Google'a, czy łamiemy jego wytyczne. I tutaj nie widzę żadnych przeszkód – jeżeli ktoś ma taką wiedzę, że umie oszukiwać algorytm wyszukiwarki i uzyskuje dobre efekty nie do końca zgodnie z wytycznymi Google'a, to nie widzę problemu.

Natomiast etyka w pozycjonowaniu jest dla mnie związana z tym, w jaki sposób przez pozycjonowanie pomagamy lub przeszkadzamy innym użytkownikom sieci. Może podam kilka przykładów. Jeśli w sztuczny sposób pozycjonujemy serwis, który na dane frazy kluczowe nie powinien być wysoko, bo nie niesie wartościowych informacji dla użytkownika, to w tym momencie przeszkadzamy innym użytkownikom, którzy wchodzą na tę stronę i nie znajdują tego, czego szukają. Wtedy w jakiś sposób ich oszukujemy.

Inny przykład może być związany z webmasterami czy blogerami, którzy prowadzą serwisy, na których można komentować. Jedną z technik spamerskich jest zarzucanie blogów czy innych serwisów komentarzami wysyłanymi z automatu przez odpowiednie oprogramowanie. I w tym momencie osoby prowadzące te serwisy muszą poświęcać swój czas na moderowanie czy kasowanie takich komentarzy. Innymi słowy – taki spamer, naciskając jeden przycisk, wysyła dziesiątki tysięcy komentarzy. Ktoś taki również szkodzi innym użytkownikom.

Jeżeli mówimy o etyce w pozycjonowaniu, to trzeba też zwrócić uwagę na etykę osób czy firm pozycjonujących strony innych osób i firm. W tym momencie chodzi też o etykę względem klienta. Mnóstwo firm obiecuje, że pozycjonuje całkowicie zgodnie z wytycznymi Google'a i uzyskuje świetne efekty. To jest oczywista nieprawda, bo nie da się działać całkowicie zgodnie z wytycznymi Google i równocześnie osiągać rewelacyjne rezultaty.

Czyli dla mnie nieetyczne pozycjonowanie to jest działanie niezgodne z interesem społecznym albo interesem jednostki. Natomiast jeśli ktoś umie oszukać Google, to jest to jego plus.

A jak to jest z etyką pozycjonowania w Polsce – dobrze czy źle?

Bardzo różnie. Są firmy i osoby, które bardzo sobie biorą do serca zarówno etykę, jak i bezpieczeństwo pozycjonerskie. W Polsce jest szeroki przekrój pozycjonerów – od osób uczciwych, aż po skrajnie nieuczciwe firmy i oferty, które już na pierwszy rzut oka wydają się podejrzane. Jak to wygląda na mapie świata? Polacy uchodzą za dość zręcznych spamerów. Nie są chyba liderami, ale faktycznie mają nie najlepszą opinię, jeśli chodzi o spam.

Spytam nieco prowokacyjnie. Czy Pańskim zdaniem etyczne pozycjonowanie jest opłacalne?

Jak najbardziej opłacalna jest np. strategia związana z budową treści, jej optymalizacją i próbą zrobienia szumu wokół serwisu, żeby w naturalny sposób zdobywać linki, czyli żeby inni sami do nas linkowali. Strategia budowy wartościowego serwisu bogatego w użyteczną treść jest nawet zgodna z wytycznymi Google'a, superprzyjazna dla użytkowników i przynosi też zamierzone efekty. Czyli jak najbardziej da się etycznie pozycjonować, zwłaszcza pod tzw. długi ogon wyszukiwania, czyli mnóstwo różnych fraz niszowych, na które mamy wejścia.

Natomiast pozycjonowanie pod bardzo konkurencyjne frazy (np. kredyty, lokaty, sprzedaż mieszkań itd.) w sposób całkowicie zgodny z wytycznymi Google'a jest niemożliwe. A czy jest możliwe etyczne pozycjonowanie pod te frazy? Tutaj w grę wchodzą pieniądze – im bardziej etycznie będziemy pozycjonowali, czyli bez używania typowo spamerskich technik, tym będzie to proces bardziej długotrwały, kosztowny, ale też bezpieczniejszy.

Często firmy przyjmują następującą strategię: serwis główny (swój czy klienta) pozycjonują w sposób delikatny, czyli strategiczny, długoterminowy, żeby mu nie zaszkodzić. Tworzą natomiast dodatkowe serwisy (często nazywając je „satelitami”), które są pozycjonowanie w sposób ekstremalny, czyli na wszelkie możliwe sposoby spamerskie. I w tym momencie serwis główny jest bezpieczny i działa długoterminowo. Natomiast te serwisy satelitarne realizują strategie krótkoterminowe, czyli na konkurencyjne frazy dzięki technikom spamerskim bardzo często wpadają na wysokie pozycje, ale po dość krótkim czasie – to trwa od kilku tygodni do kilku miesięcy – te serwisy są filtrowane przez Google'a i nie ma sensu się nimi dalej bawić. Są one porzucane i tworzy się kolejne podobne serwisy.

Rozumiem. A co uważa Pan za swój największy sukces w biznesie?

Szczerze powiem, że nie czuję czegoś takiego jak sukces. Na pewno mnóstwo osób, które oceniają mnie, patrząc z boku, bardzo często mówi bardzo miłe słowa na mój temat i używa słowa „sukces”, natomiast ja w ogóle tego nie czuję. Ja cały czas czuję, że jestem na ścieżce, mam obrany cel, do którego dążę, i to wszystko, co do tej pory osiągnąłem, to są kroczki, szczeble do osiągnięcia tego sukcesu, który naprawdę chciałbym za jakiś czas osiągnąć.

A co byłoby tym sukcesem?

Chcę zbudować biznes w bardzo dużym stopniu niezależny ode mnie. Teraz buduję fundament pod ten biznes – fundament zarówno od strony programistycznej (serwisy internetowe), techniczno-budowlanej (biura i magazyny), jak i kadrowej (niebawem będziemy zatrudniali kolejnego pracownika). Czyli sukcesem będzie zbudowanie biznesu, na czele którego będę stał, natomiast będzie on całkowicie niezależny ode mnie i będę mógł wyjechać na miesiąc albo dwa, będę mógł siąść do napisania książki i przez miesiąc się od niej nie odrywać itp. I tylko raz na jakiś czas będę proszony o jakąś strategiczną decyzję, natomiast wszystko będzie działało na zasadzie perfekcyjnie opracowanych procedur. No i oczywiście biznes musi być odpowiednio dochodowy, żebym mógł spokojnie żyć.

I to będzie dla mnie sukces, bo wtedy będę miał o wiele więcej czasu dla rodziny, niż mam teraz, i będę mógł realizować takie cele jak pisanie książek czy rozwijanie mojego bloga ebiznesy.pl, co jest moją pasją, a na co ostatnio w ogóle nie mam czasu.

W takim razie życzę powodzenia w realizacji tych wszystkich planów. Było pytanie o sukces, a teraz będzie pytanie o porażkę. Co uważa Pan za swoją największą porażkę w biznesie?

Powiem tak: największej porażki w biznesie nie rozpoznaję, czyli na takie pytanie nie potrafię łatwo odpowiedzieć. Natomiast tych porażek było mnóstwo i większość z nich plasuje się na podobnym poziomie. Były to chybione inwestycje (od kilku do kilkunastu tysięcy złotych), chybione serwisy, chybione inwestycje mojego czasu (angażowanie setek godzin, które później były wyrzucane w błoto). To było jeszcze w czasach, w których poszukiwałem swojej drogi, gdy pewne rzeczy nie były u mnie jeszcze wykrystalizowane i nie byłem skoncentrowany na jednym czy na kilku najważniejszych celach, tylko działałem jeszcze trochę po omacku. Przez to brałem się za rzeczy, które później okazały się nie tym, czego szukałem.

Można powiedzieć, że to były porażki, ale wszystkie mnie wzmacniały, czyli nie zachęcały do tego, żeby wrócić na etat, zamknąć firmę i przestać interesować się biznesem. Przeciwnie – każda porażka mnie uczyła. Powiem jeszcze jedną rzecz – największą nauką, jaką do tej pory wyniosłem, jest to, że w biznesie najważniejsza jest koncentracja. To jest absolutnie kluczowy element, którego chyba nie da się nikomu wpoić – chyba każdy musi nauczyć się tego na własnych błędach. Trzeba robić jedną bądź kilka rzeczy, ale wszystkie muszą być spójne z jednym kierunkiem, bo robiąc różne rzeczy w różnych kierunkach, nie mamy szans osiągnąć wielkich rzeczy.

Rozumiem. I ostatnie pytanie – jakie są 3 najważniejsze rady, jakich mógłby Pan udzielić początkującym przedsiębiorcom?

Często powtarzam na moich szkoleniach, że nie zaczynałbym żadnego biznesu, gdybym przez rok przynajmniej się nie edukował w danym kierunku. Czyli pierwszy element – absolutnie niezbędny do czegokolwiek – to edukacja.

Drugi element – grupa wsparcia. Jeśli ktoś jest sam, to albo się wypali, albo się zniechęci, albo będzie podejmował złe decyzje. Musimy mieć jakieś wsparcie. Najlepiej mieć przyjaciół, którzy również prowadzą firmy, ale jeśli takich przyjaciół nie mamy, to warto chodzić na mastermindy, spotkania networkingowe, szkolenia czy konferencje. Trzeba szukać ludzi, z którymi moglibyśmy się zaprzyjaźnić i którzy mogliby nam doradzać.

I po trzecie – gdy już wpadniemy na jakiś pomysł, zaczniemy go analizować i będziemy chcieli go wdrażać, koniecznie skonsultujmy go z jakimś doradcą biznesowym. Takie doradztwo może uratować życie.

I jeszcze jedna rada, o której już wcześniej powiedziałem – bezwzględnie konieczna jest koncentracja. Jeśli będziemy robić kilka rzeczy po trochu, to niczego nie osiągniemy. Jeśli całkowicie skupimy się na jednej rzeczy i będziemy mieli pewność, że robimy coś sensownego, to wtedy mogą zacząć się dziać naprawdę wielkie rzeczy.

Na koniec chciałbym dodać jeszcze jedną rzecz. Powiem coś niepopularnego: irytują mnie ludzie, którzy próbują innym wmówić, że sukces przychodzi łatwo, czyli ludzie mówiący o czterogodzinnym tygodniu pracy, o tym, żeby pracować mądrze, a nie z dużym wysiłkiem, o tym, że po kilku miesiącach możemy mieć emeryturę itd. Uważam, że to jest jedno wielkie kłamstwo i naciąganie rzeczywistości. Tak naprawdę wszyscy wielcy ludzie albo tacy, których ja uważam za wielkich i na których się wzoruję – od Arnolda Schwarzeneggera zacząwszy, na Billu Gatesie czy Stevie Jobsie skończywszy – byli tytanami pracy. To byli fascynaci, którzy pracowali wręcz ponad swoje siły i między innymi dlatego osiągnęli to, co osiągnęli.

Nikt z nas nie osiągnie wielkich rzeczy, jeżeli będzie słuchał takich głupot i zastanawiał się, jak szybko zarobić pieniądze, jak się nie narobić, a zarobić dużo pieniędzy. Ciężka, a czasami wręcz tytaniczna praca i odpowiednia strategia po pewnym czasie rzeczywiście może przynieść takie efekty, że czasami będziemy mało pracowali i będziemy się cieszyć z efektów. Ale na to wszystko trzeba zapracować! Nie ma żadnej drogi na skróty, żadnej!

Chcesz więcej takich inspirujących treści?

Zapisz się na "prawdopodobnie najlepszy" (zdaniem Czytelników)
newsletter biznesowy w Polsce!

Redakcja

Autor: Redakcja

Maciej Bielak - Coraz Lepszy Redaktor. Z wykształcenia jest historykiem i politologiem, a z zamiłowania dziennikarzem. Jego największym hobby jest muzyka jazzowa. Poza tym jest miłośnikiem reportażu i literatury rosyjskiej. Na portalu CorazLepszaFirma.pl pisze artykuły i przeprowadza wywiady.

12 września 2014     Wywiady