Zmieniamy nawyki kobiet.
Wywiad z Moniką Żochowską

Zmieniamy nawyki kobiet

Rozmowa z Moniką Żochowską, współzałożycielką firmy Phenicoptere, oferującej rękawiczki do demakijażu

Maciej Bielak: Dlaczego zdecydowała się Pani na prowadzenie działalności gospodarczej? Skąd taki wybór drogi życiowej?

Monika Żochowska: Zawsze chciałam być niezależna i mieć własną firmę, ale moi rodzice – którzy też mają firmę i wiedzą, jak ciężki jest to kawałek chleba – namawiali mnie, żebym poszła pracować do jakiejś firmy. Dlatego po studiach pracowałam w różnych firmach, ale w pewnym momencie w ogóle nie mogłam znaleźć pracy. Bardzo chciałam pracować w branży kosmetycznej, ale nikt nie chciał mnie zatrudnić. I najśmieszniejsze jest to, że z właścicielami firm, u których ubiegałam się o pracę, stoimy teraz ramię w ramię na największych targach kosmetycznych na całym świecie. I mam satysfakcję, że zdołałam wbić się w tę branżę własnym sposobem i założenie własnej firmy w końcu mi się udało.

Zresztą mam jeszcze jedną firmę, która zajmuje się sprzedażą diamentów – jestem certyfikowanym znawcą diamentów i dostałam kontrakt w Antwerpii w Dzielnicy Diamentów, a jednym z warunków koniecznych do otrzymania kontraktu było założenie firmy. Później zawiesiłam tę działalność, ale z tamtej firmy zostało mi zamiłowanie do pięknych rzeczy, które bardzo pomaga mi w tworzeniu marki Glov Hydro Demaquillage.

Wspólnie z koleżanką założyła Pani firmę Phenicoptere oferującą zestawy do demakijażu. Jak narodził się pomysł na założenie tej firmy?

Po studiach wyjechałam na praktykę do kliniki chirurgii plastycznej w Tasmanii. Tam lokalny doktor zainteresował mnie mikrotechnologią, którą można wykorzystywać do różnych celów. Zobaczyłam w tym wielki potencjał do stworzenia produktów do demakijażu. Po powrocie do Polski zaangażowałam w to Ewę Dudzic, koleżankę ze studiów. Ewa wydawała mi się osobą ogarniętą biznesowo, bo od dłuższego czasu prowadziła firmę i miała doświadczenie w tym zakresie. Ja wcześniej miałam jeszcze jeden epizod – założyłam firmę w jednym z Inkubatorów Przedsiębiorczości. Nieważne, co wtedy sprzedawałam, ale wytrzymałam 3 miesiące.

Mam więc na swoim koncie porażki i wiem, jak trudno jest zacząć coś samemu od zera. Dzisiaj już nie miałabym takich trudności, ale bez Ewy ten projekt na pewno nie zaszedłby tak daleko. Tworzymy naprawdę rewelacyjny team, dopełniamy się wzajemnie. Jesteśmy dwiema różnymi osobami, zwracamy uwagę na zupełnie inne rzeczy, ale w ten sposób wszystko jak dotąd nam się świetnie udaje.

A dlaczego zdecydowały się Panie specjalizować w zestawach do demakijażu?

To wyszło z własnej potrzeby. Nakłada się makijaż, żeby wyglądać pięknie, ale wiąże się to z tym, że później trzeba ten makijaż zmyć. Wiem, jak trudnym tematem jest zmywanie makijażu – często zdarzało mi się pójść spać w makijażu. Zmywanie makijażu to bardziej przymus niż przyjemność. Jak przekonywałyśmy do naszego projektu Fundusz AIP Seed Capital, to siedzieli przed nami sami mężczyźni, więc ciężko było z nimi rozmawiać na ten temat, ale porównałyśmy to do golenia się. Większość mężczyzn musi się codziennie golić, ale to też raczej nie jest przyjemność, tylko obowiązek. Tak przekonałyśmy grono mężczyzn, że jest to pomysł z bardzo dużym potencjałem biznesowym.

Po prostu dostrzegłyśmy potrzebę i zobaczyłyśmy w tym duży potencjał biznesowy. Nie znam żadnej kobiety, która lubiłaby proces demakijażu. My chciałyśmy to ułatwić i zrobić z tego maksymalnie przyjemny proces.

Rozmawiając o firmie Phenicoptere, nie sposób nie spytać o oryginalną nazwę. Co oznacza ta nazwa i dlaczego firma nazywa się właśnie tak?

To jest moje ulubione pytanie, bardzo za nie dziękuję. Nazwa firmy była dla mnie bardzo istotna, bo od samego początku wiedziałam, że będzie to firma globalna, więc nazwa musiała brzmieć „międzynarodowo”. Od dłuższego czasu jestem związana z Francją, więc wiedziałam, że francuskie produkty kojarzą się z dobrą jakością, zwłaszcza w kosmetykach. Z Ewą wiedziałyśmy też, że będziemy sprzedawać produkty, które kojarzą nam się z wodą, kobiecością, lekkością.

Zrobiłam sobie zestawienie wszystkich nazw, które odwołują się do naszej marki i naszej filozofii. Szłam różnymi skojarzeniami, a jednym z nich były ptaki wodne, m.in. flaming – po francusku flamingo. Tylko że flamingo jest oklepanym słowem, więc nie chciałam go użyć, ale pomyślałam sobie, że sprawdzę, jak słowo flaming brzmi w różnych językach. Okazało się, że w starodawnym języku francuskim flaming to phenicoptere. Ta nazwa bardzo nam się spodobała. A nazwa produktu Glov wzięła się od rękawiczki (ang. glove), bo na początku nasz produkt wyglądał jak rękawiczka bez palców.

Szukałyśmy też nazwy, dla której byłaby wolna domena „.com”. Z nazwą Phenicoptere nam się udało, a ze słowa „glove” ucięłyśmy „e”, bo z kolei dla tej nazwy była wolna domena „.co”. I to był strzał w dziesiątkę, bo okazało się, że większość domen narodowych dla tej nazwy jest wolna. Powykupowałyśmy wszystkie wolne domeny na całym świecie (np. glov.fr), bo zależało nam na ekspansji globalnej. Tak to wyglądało.

Jakie były początki firmy?

Przez pierwsze 2 lata utrzymywałyśmy się z innych źródeł niż Phenicoptere. Prace nad produktem rozpoczęły się 2 lata przed wypuszczeniem tego produktu na rynek, a rok przed otrzymaniem pieniędzy z funduszu AIP Seed Capital, więc część kosztów pokrywałyśmy z własnej kieszeni. Same finansowałyśmy swoją pracę na rzecz tego projektu, więc nie widziałyśmy żadnych pieniędzy – widziałyśmy tylko potencjał.

Poza tym Ewa pracowała w tamtym okresie z Krakowa, gdzie miała swoją firmę, a ja pracowałam z Antwerpii, więc od samego początku pracowałyśmy się przez Skype'a. Tak to wyglądało przez pierwszy rok, później coraz częściej przyjeżdżałam do Polski i zawiesiłam działalność w Antwerpii, bo trzeba było ostro wziąć się do pracy nad Phenicopterem.

Szczerze mówiąc, początki były bardzo ciężkie, ale i ekscytujące. Byłyśmy uczestnikami pierwszej edycji AIP Seed Capital, tego wcześniej w Polsce nie było. Olbrzymim sukcesem i wyróżnieniem było dla nas to, że ktoś chciał nam powierzyć 100 tys. zł. Korzystałyśmy także z pomocy wielu ludzi, którzy albo fakturowali nas na śmieszne pieniądze, albo zrobili nam dużo przysług za darmo. Musiałyśmy też bardzo mocno oszczędzać.

A na jakie przeszkody natrafiały Panie w początkach działalności?

Przede wszystkim na brak pieniędzy na wszystko. Takie „żebranie” po znajomych trochę wykańczało człowieka – nie wiadomo było, czy to się w końcu uda, czy nie. Gdybyśmy miały większe środki finansowe, to projekt ruszyłby dużo, dużo szybciej. Musiałyśmy się też zadłużyć u rodziców. Teraz realizujemy 3 projekty unijne, które pozwoliły nam na ekspansję globalną, ale najpierw musiałyśmy wydać pieniądze, a dopiero potem mogły one do nas wrócić, gdy wszystkie biurokratyczne punkciki zostały zrealizowane i zaakceptowane.

Miałyśmy też olbrzymi problem z Ministerstwem Gospodarki. Ministerstwo daje olbrzymią szansę małym firmom, bardzo cieszymy się, że mogłyśmy wejść do projektu promocji branży kosmetycznej z Ministerstwa Gospodarki, ale czekałyśmy rok na podpisanie dokumentów, a przez rok musiałyśmy wydawać pieniądze na ten projekt, nie wiedząc, czy nam się to w ogóle zwróci. Ale gdyby nie ten projekt, nie zaistniałybyśmy tak szybko na rynku międzynarodowym, bo wsparcie takiej instytucji jak Ministerstwo Gospodarki jednak daje wiarygodność na rynku międzynarodowym.

Miałyśmy milion przeszkód, ale to jest tak, że człowiek wszystkiego się uczy od początku. Nie ma czegoś takiego jak problem, tylko są wyzwania. Każdego dnia trzeba coś zrobić, załatwić i nie ma miejsca na narzekanie, tylko wszystkie te rzeczy trzeba zrobić pomimo tego, że się ich nie umie.

Skąd czerpały Panie kapitał na rozpoczęcie działalności?

W pierwszej kolejności z funduszu AIP Seed Capital, który wyłożył 100 tys. zł w zamian za 15% udziału w Phenicoptere. W drugiej kolejności – a może i w pierwszej – z własnego budżetu i pożyczek od rodziców. Trzecie źródło to środki z Unii Europejskiej na rozwój działalności. Realizujemy 3 programy: Paszport do Eksportu, Promocja branży kosmetycznej za granicą i Ochrona własności intelektualnej. Do tego dochodzi współpraca barterowa – z niektórymi firmami wymieniamy się wiedzą, zasobami itp.

Phenicoptere oferuje zestawy do demakijażu Glov Hydro Demaquillage. Jakie korzyści odniosą klientki używające Waszych zestawów i na czym polega przewaga zestawu Glov nad tradycyjnym demakijażem?

Po pierwsze – Glov usuwa cały makijaż tylko za pomocą wody dzięki zastosowaniu mikrotechnologii, która polega na tym, że włókna działają jak magnes, w przeciwieństwie do włókien bawełny stosowanych w płatkach bawełnianych. Płatki bawełniane działają w ten sposób, że obtaczają makijaż wokół siebie, a nasz system wciąga ten makijaż do środka. Dzięki temu możemy zmyć makijaż na zimno i na gorąco, w zależności od rodzaju skóry.

Po drugie – Glov to produkt wielokrotnego użytku. Można go stosować przez 3 miesiące. Naszą ideą jest też ograniczanie konsumpcjonizmu – mówimy, że nasz produkt ma 3 życia. Przez pierwsze życie, czyli przez 3 miesiące, zmywamy makijaż. Później przez kolejne 3 miesiące można stosować ten produkt jako kompres na twarz albo używać do zmywania masek (np. z glinki), a później możemy zrobić z tym produktem, co chcemy, bo są to włókna, które nadal działają. Jest to też najprostszy produkt na świecie – chyba nie ma prostszego produktu w kosmetyce.

Nasz produkt jest hypoalergiczny. Jest świetny dla osób, które mają problem ze skórą. Wśród naszych klientów są też matki, które kupują Glov po to, żeby oczyszczać skórę dziecka. Produkt ma też właściwości delikatnej eksfoliacji – zbiera lekko obumarły naskórek i pobudza mikrocyrkulację skóry, więc wszystkie kremy, które później nakłada kobieta, dużo lepiej się wchłaniają.

Glov to także wygodny demakijaż w podróży i w domu – zajmuje bardzo mało miejsca, możemy zapakować go w każdą walizkę i nie musimy się martwić, że nie przejdziemy jakiejś odprawy na lotnisku.

To są główne korzyści, którymi nie mogą się pochwalić nasi konkurenci.

Co wchodzi w skład takich zestawów?

Na razie mamy w ofercie 2 produkty. Pierwszy to Glov Comfort (w kształcie dużego kwadratu z 4 kieszonkami), a drugi to Glov On-The-Go (w kształcie dłoni). Obydwa produkty sprzedają się właściwie w takich samych ilościach. Glov Comfort dostosowany jest do mocniejszego makijażu i dzięki systemowi 4 rogów (takich zakrytych kieszonek) mamy 4 powierzchnie do tego, żeby idealnie domyć okolice oczu. Z kolei Glov On-The-Go jest przeznaczony dla kobiet, które stosują mniej makijażu. Jest też bardziej poręczny i wygodniejszy w podróży.

Wspomniała Pani o technologii. Jakiej technologii używa się do produkcji rękawiczek do demakijażu Glov?

Jest to mikrotechnologia, która polega na tym, że włókna są 100 razy cieńsze od ludzkiego włosa, 30 razy cieńsze od włókien bawełny, mają strukturę rozgwiazdy i wchłaniają makijaż jak magnes.

W jaki sposób testowały Panie te rękawiczki?

Testowałyśmy przede wszystkim na sobie. Naszymi królikami doświadczalnymi były też nasze koleżanki i całe rodziny. Później musiałyśmy oficjalnie zrobić testy w laboratorium, żeby uzyskać certyfikat bezpieczeństwa, więc produkt został przetestowany przez różne laboratoria.

A jak ludzie początkowo reagowali na Wasz produkt? Z jakimi reakcjami się Panie spotykały?

My zmieniamy nawyki kobiet. Jeżeli kobieta przez 10 albo więcej lat przyzwyczaiła się do zmywania makijażu wacikami, a tu nagle dostaje jeden produkt, który w dodatku jest totalnie prosty, to musi go używać przez jakiś czas, żeby poznać jego wszystkie walory. Była pewna bariera, więc musiałyśmy tłumaczyć, dlaczego nasz produkt działa, w jaki sposób działa, dlaczego jest lepszy… Pojawiały się też pytania, czy te włókna są nasączone jakimiś chemikaliami. Jest milion pytań, na które bardzo chętnie odpowiadamy.

To jest tak, że jeżeli kobieta zacznie używać Glov, to nie wraca już więcej do tradycyjnych metod demakijażu, ale żeby przekonać się do naszego produktu, zalecamy testowanie go przez co najmniej 7 dni. Mamy zresztą taką politykę, że klientka może testować produkt przez 7 dni, a jeżeli nie spełni jej oczekiwań, to może zwrócić używany produkt i my wtedy oddajemy pieniądze. Nigdy nam się nie zdarzyła taka sytuacja, więc podejrzewam, że ten produkt się przyjmuje.

W jakich krajach najlepiej sprzedają się Państwa produkty?

Przede wszystkim w Polsce, Francji i na Bliskim Wschodzie. Teraz doszły także Hiszpania, Włochy, Rosja, Luksemburg, Cypr, Singapur. W tych krajach jesteśmy i tam sprzedaż rośnie.

Jakimi wartościami kieruje się Pani w biznesie?

Jeżeli otwiera się firmę, to pierwszym założeniem biznesowym jest wynik finansowy. I to jest podstawowa wartość. Ale wartości ogólnoludzkie też są bardzo ważne. To nie jest tak, że dla zdobycia pieniędzy można zrobić wszystko. Dla mnie bardzo ważne jest, żeby w biznesie każda strona była zadowolona. Klientom mówimy: „Jeżeli nasz produkt Ci się nie podoba, to my zwrócimy Ci pieniądze”. A naszym partnerom biznesowym mówimy: „Jeżeli nasz produkt Ci się nie sprzedaje, to oddaj nam produkty, a my będziemy je sprzedawać w miejscach, w których będą się sprzedawać lepiej”. Mamy taki system, że nic na siłę. Wierzymy we współpracę, w której każda ze stron jest zadowolona. To też jest wartość, którą się kierujemy.

Zawsze marzyłam też o tym, żeby sprzedawać produkt, do którego jestem w 100% przekonana, bo nie umiem kłamać i w pewnym momencie wyszłoby ze mnie, że coś jest nie tak. I cieszę się, że kiedy opowiadam o tym produkcie, to w pełni wierzę, że ten produkt działa.

Jakie są najbliższe plany dotyczące firmy Phenicoptere?

Rozbudowa o dalsze produkty, mamy już pomysły. Chcemy też jeszcze bardziej rozbudować firmę i pchnąć markę na szerokie międzynarodowe wody – rozmawiamy o tym z kilkoma funduszami inwestycyjnymi. Ostatnio zatrudniamy coraz więcej ludzi na etat.

Na koniec poproszę Panią o rady dla innych przedsiębiorców. Jakie są najważniejsze porady, których mogłaby Pani udzielić początkującym przedsiębiorcom?

W pierwszej kolejności – nie wydawać pieniędzy na głupoty. Każdą złotówkę trzeba liczyć tak, jakby to był milion dolców. Miałam taki okres, że chodziłam prawie że w dziurawych butach, bo wolałam wydać pieniądze na firmę niż kupować coś samej sobie.

Trzeba również być otwartym i spotykać się z ludźmi. Każde spotkanie z człowiekiem może spowodować, że uda nam się nawiązać ciekawy kontakt biznesowy. U nas takich przypadkowych spotkań było bardzo dużo. Kiedyś np. spotkałyśmy się z kimś, kto robił ciasteczka, a z tego spotkania wyszła współpraca z jeszcze jedną firmą, która za darmo zaprosiła nas na targi do Dubaju. Dzięki temu miałyśmy taki trening przed oficjalnymi targami z naszą marką.

No i trzeba wierzyć w to, co się robi. Są momenty zwątpienia i czasami się myśli: „Kurna, jak to było dobrze, gdy co miesiąc wpadały pieniądze na konto”. Ale moim zdaniem jeżeli projekt biznesowy jest dobrze pociągnięty i robiony z głową, to zawsze coś z niego wyjdzie, więc nie można się poddawać.

Trzeba też szukać firm, z którymi można wejść we współpracę barterową. I ciężko pracować od rana do nocy, bo inaczej się nie da.

Chcesz więcej takich inspirujących treści?

Zapisz się na "prawdopodobnie najlepszy" (zdaniem Czytelników)
newsletter biznesowy w Polsce!

Redakcja

Autor: Redakcja

Maciej Bielak - Coraz Lepszy Redaktor. Z wykształcenia jest historykiem i politologiem, a z zamiłowania dziennikarzem. Jego największym hobby jest muzyka jazzowa. Poza tym jest miłośnikiem reportażu i literatury rosyjskiej. Na portalu CorazLepszaFirma.pl pisze artykuły i przeprowadza wywiady.

17 października 2014     Wywiady